Reminiscencja i relacja z jubileuszu XX-lecia chóru SoliDeo w Jaśle

FotografiaEventyReminiscencja i relacja z jubileuszu XX-lecia chóru SoliDeo w Jaśle

Dziwne jest to, jak działa pamięć. Czasem wystarczy jeden akord, jedna fraza, jeden znajomy układ głosów – i człowiek wraca do tamtych lat szybciej, niż by się spodziewał. Nie do konkretnej daty, nie do dokumentów i ogłoszeń, tylko do emocji i zwyczajnych sytuacji: do pierwszych prób, do rozmów po mszy, do śpiewania z ludźmi, którzy jeszcze wtedy nie wiedzieli, że spotykają się w czymś, co potrwa dwie dekady.

SoliDeo zaczęło się właśnie tak – skromnie, w małym gronie, przy kościółku. To nie był „projekt”. To był minichór. Kilka osób, kilka głosów, próby, które bardziej przypominały spotkanie wspólnoty niż coś w rodzaju zorganizowanego zespołu. I nie było w tym niczego udawanego. Była zwykła chęć śpiewania – dla ludzi, dla liturgii, dla Pana Boga, ale też trochę dla siebie nawzajem.

Kiedy dziś mówi się o chórze, łatwo pominąć to, co na początku jest najważniejsze: że wszystko rodzi się z relacji. Z zaufania. Z tego, że ktoś powie: „to zróbmy”, a inni odpowiadają: „dobra, przychodzimy”.

W moim przypadku ta historia ma wymiar osobisty, bo śpiewałem w tamtym czasie. I powiem to wprost, bez budowania wokół tego żadnej legendy: z księdzem Andrzejem zrobiliśmy to. Nie w sensie przypisywania sobie zasług – raczej w sensie bycia w środku startu. Nie ja i ks. Andrzej. Była nas wtedy garstka. Z tego co sobie przypominam – kilkanaście raptem osób. Pamiętam początek. Pamiętam, że to było układanie rzeczy od zera: zbieranie ludzi, pierwsze próby, pierwszy repertuar. Trochę organizacji, trochę spontaniczności, dużo serca. I ta charakterystyczna młodzieńcza energia, kiedy człowiek jeszcze nie liczy sił, tylko idzie.

Takie inicjatywy nie mają jednak szans utrzymać się bez mądrej opieki i wsparcia „z góry”, bez kogoś, kto nie tylko nie przeszkadza, ale realnie pomaga. Dlatego trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie: to również dzięki ks. prałatowi Tadeuszowi Paszkowi ten chór mógł się rozpocząć i rozwijać. Są ludzie, którzy rozumieją, że wspólnota muzyczna to nie dekoracja – to żywy organizm. I że warto dać jej przestrzeń, czas, cierpliwość. Bez tego wiele rzeczy kończy się po kilku miesiącach. A tu mogło rosnąć.

Ważną częścią mojego „muzycznego dojrzewania”, które z czasem przeplatało się z tym chórem, były także oazy. Z tamtych lat szczególnie mocno pamiętam ks. Łukasza Mariuszyca – z czasów, kiedy był jeszcze animatorem muzycznym. Byliśmy wtedy w podobnym rytmie: młodzi, zaangażowani, trochę niecierpliwi, ale uczciwi w tym, co robimy. To było granie i śpiewanie, które nie polegało na popisie, tylko na prowadzeniu ludzi. Na dawaniu im oparcia. Czasem na ratowaniu sytuacji, kiedy coś „nie idzie”. To jest szkoła, której się nie zdobywa na wykładach – tylko w praktyce, wśród młodzieży, w drodze, w śpiewie. Łukasz później pojawił się w Kościółku jako wikariusz. Wtedy też, próbowałem w czuwania modlitewne. Wyszło jak wyszło, ale coś zostało. Zdjęcie, które towarzyszy moim myślom niejednokrotnie. Towarzyszyć też będzie na mojej wystawie, bo to jedno z ważniejszych w moim „dorobku”.

I jeszcze jedna rzecz, która w tej opowieści musi wybrzmieć osobno: Ekonomik.

To był zupełnie inny świat niż kościółek. Szkoła średnia, codzienność, lekcje, przerwy, szkolne emocje, pierwsze poważniejsze występy. To tam uczyłem się i to tam też grałem – na akademiach, na szkolnych uroczystościach, na jasełkach. Ekonomik był przestrzenią, gdzie muzyka była obecna „normalnie”, w życiu. Nie jako coś odświętnego, tylko jako narzędzie budowania wspólnoty w młodym wieku.

W tej części mojego życia nie da się pominąć jednej osoby: siostry Kariny Pawłowskiej. To człowiek-petarda. Ale w najlepszym sensie tego słowa: inspirująca, mobilizująca, obecna. Taka, która potrafiła postawić człowieka w pionie i jednocześnie dać mu poczucie, że ma prawo próbować, rozwijać się, że warto od siebie wymagać. Dla młodego człowieka takie postacie są jak mocny punkt na mapie – nawet jeśli wtedy człowiek nie nazywa tego „formacją”.

I właśnie z Ekonomikiem wiąże się moment, który wrócił do mnie bardzo mocno przy okazji jubileuszu – bo po 21 latach udało się odnaleźć nagranie video z jasełek.

Nie chcę tego nazywać „sentymentalną pamiątką”. To coś znacznie mocniejszego. To nagranie pochodzi z okresu, który był dla mnie najtrudniejszy – z kulminacji mojej choroby. Kiedy człowiek jest już zmęczony, kiedy świat jest ciężki, a codzienność staje się walką o przetrwanie. To nagranie jest dokumentem tego czasu. I tak, mówię to bez wstydu, bo to fakt: jestem tam nie do poznania. To jakieś 40 kilogramów temu i ponad 20 lat wstecz.

A jednak w tym nagraniu – w tym występie, w tamtym śpiewie – jest zdanie, które zostało we mnie na zawsze. Zdanie, które dziś brzmi jak modlitwa człowieka, który w środku burzy nadal chce stać przy czymś dobrym:

„Więc chociaż mi w oczy wieje wiatr i chociaż mi drogę mgła zasnuwa, chciałbym przy żłóbku twoim stać. Chciałbym się tobie na coś przydać.”

To nie jest tylko fragment kolędy. To jest zapis stanu ducha. I kiedy dziś patrzę na tamte twarze z nagrania – młode, nieświadome, że czas przeleci tak szybko – mam poczucie, że to wszystko było jednym długim procesem. Że chór, szkoła, oazy, kościółek – to nie były osobne epizody. To były kolejne kroki tej samej drogi.

Relacja – jubileusz XX-lecia chóru SoliDeo w Jaśle

Jubileusz XX-lecia chóru SoliDeo był wydarzeniem bardzo kompletnym, bo zawierał w sobie wszystko, co w takich chwilach najważniejsze: uroczystość, muzykę i spotkanie ludzi.

Pierwszym punktem była msza święta w kościółku – w miejscu, które dla wielu ma znaczenie szczególne, bo tam zaczynały się początki chóru. I to było odczuwalne od pierwszych chwil. Nie w formie deklaracji, nie w przemówieniach, tylko w sposobie, w jaki ludzie tam byli: skupieni, poruszeni, uważni. Chór nie był dodatkiem do liturgii, tylko realnie ją prowadził. Widać było, że ta wspólnota przez lata nauczyła się, czym jest odpowiedzialność za śpiew – nie jako „występ”, ale jako służba.

Po mszy przyszedł czas na drugą część obchodów – koncert w auli I Liceum Ogólnokształcącego w Jaśle. Aula szybko wypełniła się publicznością, a w powietrzu czuło się, że dla wielu osób nie jest to zwykły koncert. W tej sali spotkały się różne etapy historii chóru: ci, którzy tworzą go dziś, i ci, którzy byli w nim kiedyś. I właśnie to „kiedyś” było w tym wydarzeniu wyjątkowo ważne.

Bo jubileusz pokazuje coś, czego nie widać na co dzień: że chór nie kończy się w dniu, kiedy ktoś przestaje śpiewać. Że w ludziach zostaje coś trwałego – przyjaźnie, wspomnienia, poczucie wspólnego doświadczenia. Podczas jubileuszu można było zobaczyć, jak wiele osób przyszło nie po to, by „posłuchać koncertu”, ale żeby wrócić. Żeby spotkać dawnych chórzystów, zobaczyć twarze sprzed lat, uścisnąć rękę, wymienić kilka zdań, wrócić na chwilę do czasu, kiedy próby były częścią tygodnia, a śpiew – częścią tożsamości.

Koncert jubileuszowy miał w sobie też tę piękną cechę, że pokazywał chór jako żywy organizm – nie jako muzeum. Widać było świeżość młodych wykonawców, energię, pracę włożoną w przygotowanie repertuaru, dbałość o brzmienie. I równocześnie było widać, jak ważne jest to, że chór ma ciągłość i ma środowisko: szkołę, która daje przestrzeń, ludzi, którzy angażują się w pracę, i opiekę, która potrafi to wszystko skleić w całość.

W takich chwilach uświadamia się też bardzo mocno, że 20 lat to nie jest „dwadzieścia lat sukcesu”. To jest dwadzieścia lat codzienności: prób, poświęconego czasu, obecności mimo zmęczenia, mimo obowiązków, mimo tego, że życie po drodze potrafi się bardzo komplikować. Chór trwa, bo ktoś przychodzi. Bo ktoś chce. Bo ktoś wierzy, że warto.

To było spotkanie historii z teraźniejszością. Spotkanie ludzi, którzy kiedyś śpiewali, z młodymi, którzy śpiewają dziś w chórze I LO.

A ja miałem w tym wszystkim jeszcze jedno poczucie: że warto takie historie zapisywać. Nie po to, żeby kogoś oceniać, porównywać czy budować pomniki. Tylko po to, żeby pamiętać, że najlepsze rzeczy często zaczynają się zupełnie zwyczajnie – od kilku osób, które spotkały się przy śpiewie.

Uwaga!

Treści, które tworzę na tej stronie, są chronione prawem autorskim. Proszę, nie kopiuj ich ani nie udostępniaj bez mojej zgody.

Jeśli potrzebujesz fragmentu do własnego użytku, chcesz się czymś podzielić lub zapytać o możliwość wykorzystania materiału — napisz do mnie. Chętnie porozmawiam.

Dziękuję za poszanowanie mojej pracy.